Są takie gry, o których mało kto dziś pamięta, a mimo to siedzą gdzieś z tyłu głowy jako „to było dziwne, ale ciekawe”. Dla mnie jedną z nich jest właśnie Lionheart: Legacy of the Crusader. Tytuł, który miał kilka naprawdę mocnych atutów, unikalny klimat i szanse, żeby zostać zapamiętanym na równi z innymi cRPG-ami tamtego okresu. Zamiast tego wylądował w szufladce „nisza dla ciekawskich”.
Spis treści
Geneza i tło produkcyjne
Za produkcję Lionheart: Legacy of the Crusader odpowiadało studio Reflexive Entertainment, a jego wydawcą było Interplay Entertainment, które do projektu zaangażowało także legendarną ekipę z Black Isle Studios (twórców m.in. serii Fallout, Planescape: Torment, Icewind Dale).
Gra miała swoją premierę w sierpniu 2003 roku. Choć graficznie opierała się na silniku Velocity Engine, jej sedno tkwiło w zastosowaniu systemu rozwoju postaci SPECIAL, kojarzonego przede wszystkim z serią Fallout.
Świat i fabuła gry
To, co wyróżnia Lionheart na tle konkurencji to unikalny, alternatywny setting fantasy. Akcja rozgrywa się w alternatywnej wersji naszej historii, której punkt zwrotny miało wydarzenie zwane Rozdarciem – kataklizm podczas Trzeciej Krucjaty w 1191 roku, który otworzył bramy do innych wymiarów. W jego rezultacie do świata wdziera się magia, duchy i demony, co prowadzi do narodzin nowych ras oraz pojawienie się potworów z innych światów.
Akcja gry osadzona jest w 1588 roku, a my wcielamy się w potomka Ryszarda Lwie Serce. Swoją przygodę rozpoczynamy w renesansowej Barcelonie, na swojej drodze spotykając postacie historyczne takie jak William Szekspir, Leonardo da Vinci czy Miguel de Cervantes (naliczyłem ich w sumie ponad dziesięć).
Gra zgrabnie łączy historyczne realia z elementami fantasy i mistycyzmu. Szczególnie ciekawe są nawiązania do mitologii persko-indyjskiej, co wyróżnia Lionheart na tle typowych RPG-ów czerpiących zazwyczaj inspirację z zachodnich mitologii i kanonów fantasy.
System RPG i rozwój postaci
Lionheart wykorzystuje wspomniany już system SPECIAL – postać rozwijana jest w oparciu o atrybuty główne, umiejętności poboczne oraz perki. W przeciwieństwie do Fallouta, gra oferuje również zdolności magiczne, co znacząco poszerza możliwości budowania postaci.
Tutaj należy oddać, że system rozwoju jest naprawdę satysfakcjonujący. Każdy zdobyty poziom cieszy, pojawiają się nowe perki, a różnorodność umiejętności pozwala na eksperymentowanie z różnymi buildami. Co ważne, gra przez cały czas utrzymuje odpowiedni poziom trudności – nie ma tutaj momentu, w którym czujemy się niezniszczalni, więc każdy level up to odczuwalna, realna premia do siły postaci. Progresja jest więc nieustannie nagradzana, a gracz zawsze ma do czego dążyć.
Do tego dochodzi losowy system statystyk przedmiotów, które posiadają losowo generowane modyfikatory. Sam z kolei „łup” zaprojektowano w sposób przypominający trochę gry pokroju Diablo. Szansa na znalezienie czegoś konkretnego, z nietypowym bonusem lub premią, jest przez to niewielka, a upolowanie pożądanego przedmiotu (czy to jako drop z potwora, czy w ofercie sklepu) daje naprawdę sporą frajdę.
Rozgrywka
O ile gra robi bardzo dobre pierwsze wrażenie, zarówno jeśli chodzi o świat przedstawiony, jak i same mechaniki, tak dość szybko okazuje się, że pod tą efektowną fasadą kryje się sporo niedociągnięć, szczególnie w konstrukcji rozgrywki.
W porównaniu z pierwszymi Falloutami szybko czuć, że w Lionhearcie zdecydowaną większość czasu spędzamy po prostu na walce. Ma to swoje konsekwencje – system dialogów jest bardzo uproszczony, z niewielkimi możliwościami wykorzystania naszych atrybutów lub umiejętności w rozmowach, a questy są raczej proste, z niskim naciskiem na eksplorację świata czy interakcję z innymi NPC.
Struktura samej gry dodatkowo to podkreśla. Początek i pierwsza połowa są ciekawe i różnorodne, oferując elementy nieliniowości oraz zachęcając do eksploracji. Niestety, z czasem ten potencjał się wyczerpuje – druga połowa staje się praktycznie liniowa, a gra przemienia się w niemal czysty hack’n’slash, polegający na przedzieraniu się z jednego końca mapy do drugiego.
Na to wszystko nakłada się sposób, w jaki działa system rozwoju postaci. Z jednej strony mamy sporą teoretyczną swobodę tworzenia bohatera. Z drugiej zaś, balans jest wyraźnie niedopracowany. Niektóre konfiguracje statystyk i umiejętności są po prostu znacznie bardziej efektywne od innych (osobiście za najmocniejszy build uznaję połączenie walki na pięści z cechą wampiryzmu), a próba dojścia do końca gry niektórymi wariantami bywa frustrująca, a wręcz niemożliwa.
W połączeniu z wysokim poziomem trudności oznacza to, że grając nieefektywnym buildem lub nieoptymalnie rozwijając postać, możemy na pewnym etapie po prostu odbić się od ściany i stracić całą przyjemność z zabawy.
Oprawa audiowizualna
Wizualnie Lionheart prezentuje się bardzo przyzwoicie, nawet po ponad dwudziestu latach. Grafika izometryczna w 2D zestarzała się zaskakująco dobrze – schludne, ręcznie rysowane mapy, klimatyczne portrety postaci i prosty, funkcjonalny interfejs tworzą spójną całość. Do warstwy wizualnej miałbym właściwie tylko jedno zastrzeżenie: sposób przedstawienia przedmiotów, zarówno w menu ekwipunku, jak i na samym modelu postaci – część ikon wygląda po prostu mało estetycznie i odstaje jakością od reszty oprawy.
Miłym zaskoczeniem jest również voice acting. W pełni udźwiękowionych kwestii może nie ma aż tak wiele, ale te które są stoją na wysokim poziomie. Aktorzy głosowi bardzo dobrze przyłożyli się do oddania charakteru i pochodzenia postaci. Leonardo da Vinci „zaciąga” po włosku, Cervantes po hiszpańsku, a inne postacie także mają swoje wyróżniające się maniery mówienia – włącznie z rozmaitymi nieludzkimi istotami, które brzmią zaskakująco naturalnie i przekonująco. Niby drobiazg, jednak robi to swoje i pomaga w budowaniu klimatu.
Podsumowanie
Lionheart: Legacy of the Crusader zostawia po sobie bardzo specyficzne wrażenie tytułu z ogromnym potencjałem, który nigdy nie został w pełni wykorzystany. Świetny setting, satysfakcjonujący system rozwoju postaci, ciekawa mieszanka historii i fantasy oraz udana oprawa audiowizualna zderzają się tu z niedopracowanym balansem, zbyt dużym naciskiem na walkę i miejscami toporną konstrukcją rozgrywki. Przez całą grę towarzyszy więc poczucie, że gdyby tylko te elementy dopracowano, Lionheart mógłby dziś śmiało stać obok klasyków gatunku.
Czy warto zagrać w 2026 roku? Jeśli jesteś fanem RPG, zwłaszcza tych bardziej klasycznych, które traktuje się trochę jak wyznanie, a do tego lubisz system SPECIAL, to odpowiedź brzmi: tak, warto. Gra dostępna jest na Steamie oraz GOG-u i bez większych problemów można uruchomić ją na nowoczesnych systemach operacyjnych.



