W uniwersum, w którym elfy zazwyczaj spędzają stulecia na byciu nienagannie czystymi i patrzeniu na resztę świata z dystansu właściwego komuś, kto pamięta narodziny większości lokalnych gór, Izistaar Kajzydorfa podjął decyzję wysoce nieortodoksyjną. Zaciągnął się do Zakonu Krzyżackiego jako Knecht.
Z perspektywy czystej logiki, umieszczenie młodziutkiego, przystojnego, świetnie zbudowanego, doskonale wykształconego, bogatego, uprzejmego, skromnego, niebezpiecznie uzdolnionego magicznie elfa w strukturach wojskowo-religijnych, które traktują myślenie jako formę niesubordynacji, powinno doprowadzić do natychmiastowej katastrofy metafizycznej. Tymczasem Izistaar po prostu tam jest. Fizycznie jawi się jako postać niemal posągowa – wysoki, o uderzająco bladej skórze, z długimi, jasnymi włosami opadającymi na ramiona w sposób, który sugeruje, że grawitacja traktuje go z wyraźnym szacunkiem. Jego sylwetka, choć skryta pod surowym, białym płaszczem z czarnym krzyżem, zdradza tę specyficzną, nieludzką lekkość, jakby stał na ziemi tylko dlatego, że akurat nie ma nic lepszego do roboty.
Groteska tej sytuacji polega na absolutnej ciszy, jaka go otacza. Kiedy Izistaar kroczy korytarzami Malborka, jego bose stopy nie wydają żadnego dźwięku, co w zakonie pełnym ciężkich, podkutych butów jest samo w sobie aktem cichej rewolucji. Bracia zakonni wolą patrzeć w inną stronę, udając, że to zupełnie normalne, iż ich najniższy rangą pomocnik promieniuje chłodnym, dumnym dostojeństwem antycznego bóstwa, a zagięcia jego habitu nigdy nie łapią kurzu. Istnieje bowiem nienapisana zasada, że jeśli ktoś wygląda jak ucieleśnienie magii, nosi zakonny krzyż z powagą godną monarchy i milczy w trzech językach jednocześnie, bezpieczniej jest po prostu wyznaczyć mu kolejną wartę i nie pytać o intencje.